sobota, 14 lutego 2009

nie p

może nie powrót, ale post impromptu bo dzisiaj zadymka. Krakowa prawie już nie widać, połknęła go zima, w zasadzie moglibyśmy być gdziekolwiek.

zima przytłacza dosyć pięknie, bo na biało, ale jednak przez zaspy śnieżne wolniej się idzie i częściej się klnie. idę przez pola do pracy i toruje szlak innym, zostawiając pierwsze ślady. na przystanku smutek i plucha, w tramwaju ludzie patrzą na siebie złowrogo, szczególnie gdy trzeba ustąpić miejsca. wszyscy cierpimy, jest już luty, zima trzyma nas w garści, jesteśmy wycieńczeni, twarze nam zszarzały od braku słońca i witamin (co poniektórzy ratują się solarium), paski trzeba było popuścić od drożdżówek i gorącej czekolady.

za to wieczorem śnieg przynosi ulgę i ciszę. niektóre dźwięki tłumi całkowicie ale na przykład szczekanie psa na spacerze odbija i nagłaśnia. ludzie znikają z ulic do domu, ogrzewanie centralne, zupa, telewizor i herbata. na zewnątrz pozostaje biały bezruch a wewnątrz cały naród czeka na odwilż.



na zdjęciach: zima z domu, zima z pracy

niedziela, 22 czerwca 2008

głowy w chmurach nogi w wodzie

Czyli nasz weeknedowy wypad w Calanques /kalank/.

Calanques to rodzaj śródziemnomorskich fiordów, czyli głębokich dolin o bardzo stromych, czasem prawie pionowych stokach, częściowo zalanych morzem. Masyw który pokonaliśmy na nogach z plecakami rozciąga się na 28km między Masylią a miasteczkiem Cassis i jest jednym z najbardziej znanych tego typu w Europie. Calanques są pod ochroną i stanowią rezerwat natury zamykany na dwa miesiące w roku od lipca do września z uwagi na ryzyko pożarów. Nie wolno śmiecić, palić, ani biwakować, a przed wejściem do rezerwatu duży znak przestrzega przed fatalnymi upadkami w przepaść, w bardzo sugestywny sposób.

My, jako niedoświadczeni kalankowcy, postanowiliśmy iść szlakiem ‘GR’ czyli najbardziej popularnym (co okazało się prawdą tylko na pierwszym odcinku) oraz najłatwiejszym (i jeżeli to był najłatwiejszy to do jakiegokolwiek innego trzeba mieć już sprzęt wspinaczkowy).
W pierwszym dniu udało nam się pokonać połowę trasy, 8 godzin marszu aż do Calanque de Sourgiton. Tam zorganizowaliśmy sobie nielegalny nocleg na małej kamienistej plaży tylko dla siebie gdzie spaliśmy krótko i źle, ale noc była piękna i biała.

Drugiego dnia wyruszyliśmy już o 6 rano częściowo aby przerwać męczarnie naszych kamiennych snów. Po 10 minutach marszu zgubiliśmy szlak bo się zagadaliśmy i mimo tego iż wydawało nam się że jesteśmy zupełnie sami i o bladym świcie na szczycie jakiejś góry nikt nam nie przyjdzie z pomocą, nagle zza skały wyłoniła się jakaś zahartowana górska babcia wracająca właśnie ze spaceru z psem i z pewną pogardą w głosie powiedziała że szlak 'GR' jest prosto a potem pierwsza w lewo. Tym samym znaleźliśmy szlak ale wcale nie byliśmy bardziej szczęśliwi- słońce nadal nie wychodziło zza chmur, zaczął wiać wiatr, wchodziliśmy ciągle coraz wyżej a przepaście jedna po drugiej okazywały się absolutnie fatalne jak na znaku.

Po czterech szczytach i czterech zejściach oraz kolejnym zgubieniu szlaku morale opuściło nas na chwile. Byliśmy głodni, zmęczeni, obolali i pachnieliśmy tak źle że woleliśmy się do siebie nie zbliżać a przy okazji każdego zatrzymania się czuliśmy jak doganiał nas nowy choć niestety znajomy zapach nas samych do którego jednak nie chcieliśmy się przyznać.

Ostatni etap szlaku pokonaliśmy dzięki tragicznie prześmiewczemu poczuciu humoru który uwolnił się z nas wraz z wszystkim innym. Jak herosi wspięliśmy się na ostatni szczyt kamieni aby zauważyć tablicę informującą o zmianie oznakowania szlaków i zdać sobie sprawę że nasza nagle przeterminowana mapa kazała nam ominąć najpiękniejszy i najsławniejszy Calanque d’En Vau. Po bardzo krótkiej chwili zawahania postanowiliśmy jednak iść dalej aż do Port Pin gdzie oboje, ku przerażeniu kilku różowych turystów, wskoczyliśmy do lodowatej wody. Potem zaczęła się już turystyczna infrastruktura- najpierw parking dla samochodów, potem sklep a potem asfaltowa droga do Cassis.

Kilka zdjęć już tutaj, a cała masa tu.









wtorek, 27 maja 2008

zawroty głowy

Paryż, dzielnica La Defense: wieżowce, szklane płyty, stalowe niebo, garnitury, garsonki i białe kołnierzyki. A także gigantyczny kciuk (w stylu ‘ok!’) oraz przerażająca winda unosząca cię na szczyt ‘Arche de la Defense’ czyli nowoczesnego odpowiednika Łuku Triumfalnego na Champs Elysees.



Czarny monolit (jakby przeniesiony w Odyseji 2002 Kubricka) znany również jako 'wieżowiec duch' jest w tym momencie siedzibą firmy Areva która ma coś w spólnego z rynkiem energii nuklearnej. Wieżowiec Areva jest najwyższym budynkiem w dzielnicy Defense.



Kciuk Cezara (tak naprawde nazywa sie rzeźba)




Wielki Łuk.



Szklany labirynt- instalacja na Łuku.

Straszna winda.


w strasznej windzie:

czwartek, 1 maja 2008

czwartek jak niedziela

Swięto Pracy we Francji. Nic się właściwie nie dzieje. Jedynym znakiem rozpoznawczym są konwalie. Sprzedawcy konwalii, czesto 'spontaniczni', stojący na ulicy z wiaderkiem konwalii i tekturową tabliczka sprzedają konwalie po łodyżce, najcześciej po 3 lub 5 bo konwalie są we Francji bardzo drogie (za taki chudy bukiecik trzeba zapłacić ok 3-5E). I tyle. Sprzedawcy konwali znikają z ulic wczesnym popołudniem.
My poszliśmy się lenić w miejskim ogrodzie.



niedziela, 27 kwietnia 2008

Muzułmanie Europy...

...tak nazywa sie nowy fotograficzny projekt Guillaume'a, w ramach ktorego bedzie kontynuował swoje podróże do wszystkich tych ulubionych krain i krajów, gdzie panuje ustawiczny chaos, nieznajomy jest inkarnacją boga a jedzenie jest niezdrowe i kaloryczne ;)

Czesc Pierwsza to zdjecia z Bośni i Hercegowiny oraz Serbii, ktore mozna obejrzec na stronie Guillauma, a dokladnie tutaj.

Serbia- Novi Pazar. Cmentarz na wzgórzu: groby z czasów imperium ottomańskiego na tle tych współczesnych.


Bośnia i Hercegowina- Mostar: widok na slynny most zbombardowany w 1993 ( i odbudowany w 2004) który stał się symbolem konfliktu a nastepnie porozumienia między Chorwatami a Muzułmanami.



Mostar, ulica.


Bośnia i Hercegowina: Zachód słońca nad Sarejewem.


Bośnia i Hercegowina- Sarajewo: dzielnica ottomańska.

wtorek, 1 kwietnia 2008

Dźwięki Paryża

Atmosfere Paryza trudno jest uchwycić na zdjęciach. Załączam wiec dwa amatorskie filmiki o dzwięku Paryża.

1. Metro Chatelet, tutaj zawsze jest jakis koncert, rano grała żydowska kapela, po poludniu mini orkiestra.

Dzielnica St.Paul i 'Bella Ciao' w deszczu

Paryż w deszczu

Paryż, pomimo deszczu i dużych oczekiwań z mojej strony a także ciążącego mitu najpiękniejszego miasta na świecie, całkowicie mnie oczarował. Z powodu braku czasu postanowiłam skoncentrować sie na Rive Droite (czyli Prawym Brzegu Sekwany), mniej turystycznej częsci Paryża (w przeciwieństwie do Rive Gauche z Wieża Eiffla, Katedrą Notre Dame i Polami Elizejskimi).

Pierwszy przystanek: zbożowe naleśniki i domowe Tiramisu w małej knajpce przy Rue de Rivoli, mmm...





Place des Vosges



St. Paul: dzielnica Żydowska Paryża- niebieska piekarnia



i koszerna pizza




Centre Pompidou



Widok na Rive Gauche w oddali- wieża Eiffla


Dzielnica Montmartre, między budykami bazylika Sacre Coeur




Plac Pigalle

Kasztany na placu Pigalle ;)


Paryskie zagłębie miłości rozciągające sie od Placu Pigalle do Moulin Rouge